Na początku wypada objaśnić, jak to się ładnie mówi, ogólny zarys fabuły… Wygląda ona następująco: pewna młoda niewiasta, Eve, otrzymuje list od swojego nie dającego znaków życia ojca. Zaintrygowana tym faktem udaje się do rodzinnej Francji, kraju wina i Renault, aby go odnaleźć. Okazuje się jednak, że ojczulka wcięło, i to tak, że nikt nie wie, gdzie go szukać.
Jak się później okazuje, jej ojciec był (a może nadal jest?) władcą magicznej krainy, zamieszkałej m.in. przez smoki, olbrzymy oraz inne baśniowo – mitologiczne stwory. Znajdując (w dużej mierze przypadkowo) przejście do magicznego świata, Eve rusza na poszukiwania ojca.
„Oryginalna i ekscytująca historia łącząca fantasy i science – fiction”
Całkowicie rozumiem, że aby zachęcić graczy do sięgnięcia po jakiś tytuł, trzeba stosować tego typu frazesy; w końcu tak działa reklama. Jednak ta „oryginalna i ekscytująca” historia w moim odczuciu wcale taka rewelacyjna w TLOCV nie jest. Opowieść nie wciągnęła mnie ani trochę (podobnie jak cała gra, o czym później), a połączenie fantasy i science fiction nie doprowadziło w tym przypadku do niczego dobrego; w rezultacie wyszło istne pomieszanie z poplątaniem. Czego tu nie ma! Oprócz baśniowych stworów w rolach głównych występują: światy równoległe, portale przenoszące do tychże światów, magia i zaklęcia, roboty – strażnicy, dziwni przedstawiciele różnych ras… Moim zdaniem twórcy gry najzwyczajniej w świecie przedobrzyli i wrzucili za dużo elementów do jednego worka (w tym przypadku gry).
„Ogromny świat gry: 9 rozdziałów w ponad 150 lokacjach, ponad 150 przedmiotów do użycia”
Tak…Szczerze mówiąc, nie liczyłem ilości lokacji i przedmiotów do użycia. Bo właściwie po co? Z pewnością mogę stwierdzić, że w grze faktycznie jest 9 rozdziałów. Nie wiem natomiast, jakich kryteriów używano, pisząc o 150 lokacjach. Jeśli za takową uznamy każdą odwiedzaną „planszę”, wtedy może rzeczywiście jest ich aż tyle… A czy „150 przedmiotów do użycia” jest taką niesamowitą zaletą, że należy się nią chwalić? No właśnie…
„Interakcja z ponad 40 rodzajami potworów m. in. smoki, anioły, krasnoludy oraz inne kreatury ze świata mitycznych europejskich legend”
O, tutaj się nieźle uśmiałem… Smoki – są, krasnoludy – też, chociaż właściwie lepiej byłoby je nazwać skrzatami lub krasnoludkami. Anioły – poszukiwałem ich podczas grania, aż w końcu w pewnej lokacji, w końcówce gry, moja bohaterka znalazła się w (chyba) wiosce zamieszkanej przez wyjątkowo paskudne (nie wiem, czy ich brzydota wynika z zamierzenia, czy z poziomu talentu twórców) stworki i dowiedziałem się, że to właśnie one są aniołami! Po prostu ręce mi opadły. Kiedy zobaczycie screen poniżej, wam też opadną;) Inne kreatury? Jaszczuropodobne istoty, parę smoko – nietoperzy, olbrzymy (swoją drogą, strasznie wygadane). Wspomniana interakcja sprowadza się do rozmawiania z nimi i ewentualnie przyniesienia im potrzebnej rzeczy. Policzmy – raz, dwa, trzy, cztery… Tak czy siak, do 40 doliczyć się trudno.
„Niezwykłe i wciągające zagadki i tajemnice”
Dla odmiany w tym akapicie nie będę narzekał (zbytnio):) Zagadki opierają się w głównej mierze na łączeniu przedmiotów oraz uruchamianiu różnych mechanizmów. W sumie nie ma tu nic, co sprawiłoby niesamowitą trudność i nie pozwalało spać po nocach. Przykładowo, pierwsza łamigłówka polega na odpowiednim ułożeniu figurek na półce, zgodnie z treścią znalezionego wcześniej wiersza. Czasem jakaś postać poprosi nas o przysługę – przynieś mi coś, a ja dam ci coś innego. Krótko mówiąc, przygodówkowy standard, a jednocześnie jeden z nielicznych elementów, który się w tej grze udał.
„Prosty i przyjemny interfejs”
Nie pozostaje mi nic innego, jak zgodzić się z powyższym stwierdzeniem. Pasek ekwipunku znajduje się na dole ekranu, a znajdziemy w nim 3 zakładki: Ekwipunek, czyli wszystkie zebrane przedmioty; Magia – interesujący i oryginalny pomysł, otóż wraz z biegiem fabuły otrzymujemy do dyspozycji 3 zaklęcia: Zmniejszenie, Telekineza, Burza Lodowa. Za ich pomocą przechodzimy przez miejsca normalnie niedostępne, poruszamy przedmiotami i zamrażamy wrogów ( bodajże raz w grze). Ostatni element, Pamiętnik, to nic innego jak zapis wszystkich przeprowadzonych przez Eve rozmów, z podziałem na lokacje i rozmówców.
„Oryginalny soundtrack”
Zanim przejdę do kwestii muzyki, słówko o samym udźwiękowieniu: w TLOCV nie ma żadnych lektorów i kwestii mówionych, z wyjątkiem pierwszego, wprowadzającego w akcję filmiku (czytanego z dziwnym akcentem). Można takie rozwiązanie (tzn. brak słowa mówionego) uznać za plus, bowiem w grze jest sporo tekstu i nie wyobrażam sobie, żeby ktoś miał to wszystko czytać – padłbym z nudów. Na szczęście teksty można przewijać szybciej, wciskając spację.
Natomiast słuchając muzyki, mam dosyć mieszane uczucia. Początkowo główny motyw może się podobać, ale z biegiem czasu muzyka staje się męcząca, podobnie jak piski i dźwięki wydawane przez niektóre spotykane stworzenia.
„Polska wersja językowa (napisy)”
Robotę polonizatorów muszę pochwalić, bowiem wszystkie teksty i dialogi przetłumaczono porządnie i zrozumiale. Mógłbym się na siłę czepiać jedynie paru literówek, ale w ogólnym podsumowaniu nie przeszkadzają one w odbiorze tekstu. Ciekawym pomysłem jest nadanie niektórym postaciom ich własnego, charakterystycznego sposobu mówienia. Pokuszono się nawet o szczyptę humoru, np. w komentarzach głównej bohaterki. I dobrze – gra nie jest dzięki temu śmiertelnie poważna.
A na koniec…
„Oszałamiająca brzydotą postaci grafika”
Akurat ten (śród)tytuł wymyśliłem sam – uwierzcie mi, mam ku temu słuszne powody. Na pudełku nie ma ani słowa o oprawie graficznej, ale ja też nie miałbym powodów do reklamowania czegoś, co ewidentnie mi nie wyszło.
W sumie grafika w TLOCV nie wygląda źle. Menu zrobiono dosyć ładnie, lokacje odwiedzane przez bohaterkę są niczego sobie. Ale postaci i ich twarze… Powiem tak: wyglądają, jakby były zrobione z plasteliny przez małoletnie dziecko bez talentu plastycznego;) Pół biedy, gdy oglądamy je z daleka; najgorzej, gdy podczas rozmów obok tekstu pojawiają się te„cudne” facjaty, a wyglądają jakby ktoś nieporadnie bawił się w jakimś edytorze grafiki. Żeby nie być gołosłownym… spójrzcie na obrazek poniżej.
We wstępie do tej recenzji napisałem, że lubię być mile zaskakiwany. Niestety, granie w TLOCV było dla mnie po prostu męczące, a już na pewno nie miłe. Przyłapałem się na tym, że niecierpliwie czekałem, aż opowieść się skończy i będę mógł wrócić do przyjemniejszych zajęć. Podobały mi się tylko 3 rzeczy: zagadki i interfejs, pomysł z wykorzystywaniem zaklęć, oraz poziom polskiej wersji. Do każdej z pozostałych cech można dodać jakieś ‘ale’: scenerie są ładne, ale postaci wyglądają tragicznie; muzyka na początku mile łechce uszy, ale później staje się wkurzająca, itp. Na szczęście ja nie musiałem kupować tej gry, notabene kosztującej prawie 50 złotych – dostałem ją do zrecenzowania. Zwykłym graczom dam dobrą radę: uwierzcie mi, TLOCV nie jest potrzebna do szczęścia nawet bardzo wygłodzonym fanom przygodówek.
Plusy
- zagadki
- zaklęcia
- polska wersja
Minusy
- nudna
- brzydka
- męcząca
- cena (50 zł?!)
Ocena
5