Indiana Jones Desktop Adventures – recenzja

Recenzja 12 kwietnia 2006 3 minut
Indiana Jones Desktop Adventures to gra, która ukazała się w 1996 roku jako zabijacz czasu dla wszelkiego rodzaju sekretarek i inżynierów pracujących ciężko przy swoim Windows 95. Jest to kolejna produkcja LucasArts na temat przygód dzielnego i niezwyciężonego Indiego Jones'a (granego w filmie przez Harrisona Forda). Fabuła jest tu dosyć standardowa - jak zwykle w Indym jest jakaś zagadka, grobowce i artefakty, które trzeba zbierać i umiejętnie wykorzystywać

Co do sposobu rozgrywki to pierwsze skojarzenie jakie mi się nasunęło to… Diablo! Tak – gra jest łudząco podobna do Diablo (a raczej do Diablo II bo w 1 nie grałem :] ) Zresztą zobaczcie sami. Na początku gry uwaga: Generuje się świat rozgrywki! Tak – i nie chodzi tu tylko o rozmieszczenie oprychów i zwierząt – tu wszystko się tworzy od nowa i żeby tego było mało to jeszcze możemy wpłynąć na wielkość generowanego świata! Grę rozpoczynamy w małej osadzie, gdzie jest bar, sklep itp. Stąd wyruszamy z prostą bronią, batem na wszystkich przeciwników Indian, meksykan, gangsterów, tubylców oraz zwierzęta takie jak niedźwiedzie, węże i pająki. Nie ukończymy gry bez rozmów. Dialogi nie są mówione i są raczej lakoniczne, więc ktoś kto spik inglisz not wery macz będzie mógł się zagłębić w fabułę.

Co ciekawe podczas rozgrywki mamy pasek, a raczej kółko energii, które gdy się skończy zmienia kolor i później jeszcze raz, co znaczy, że żeby się zabić (przynajmniej na początku) trzeba mieć trochę czasu, ale za to nasi wrogowie są słabi i głupi i jedno machnięcie batem powoduje ich zniknięcie. Na szczęście można odpowiednią opcją dodać nieco inteligencji wrogom przez utrudnienie walki ale lepiej sobie nie zatruwać życia:)

Muzyka jest dosyć standardowa jak na tamte czasy – midy i wavy, nie są powalające i mogło być ich znacznie więcej, ponieważ podczas gry wydaje się być za cicho a monotonny dźwięk strzelania batem nie jest bardzo ciekawy i zajmujący:)

W grze spotykamy się z ciekawym sposobem sterowania. Działa to na zasadzie erpegów – mamy tu widok wprost pod pewnym kątem i widzimy małego indiego, którym możemy sterować myszą lub strzałkami. Jest to o tyle ciekawe co nie poręczne, ponieważ jeżeli klikniemy myszą w którymś kierunku to ludzi zamiast podejść do kursora wykona tylko jeden kroczek w jego stronę. Niby mały to bug, ale powoduje, że lepiej się steruje kursorami. Do chodzenia naszego ludzika też można mieć zastrzeżenia – nie chodzi on płynnie ale po prostu przemieszcza się (teleport? zakrzywienie czasoprzestrzenne? :] ) o ten metr i nie widzimy jak przebiera nogami 🙂 Jest to o tyle głupie, że w walce widzimy ludziki, które znikają i pojawiają się tak, że ciężko wyczuć gdzie dany gostek za chwilę będzie a to utrudnia atak batem, którym, żeby zaatakować musimy stać przez chwilę skierowani przodem w stronę przeciwnika.

Grafika jest całkiem spoko i nie można jej zarzucić prawie nic. No może nieco złym pomysłem jest umieszczenie gry w takim małym okienku (screeny nie są rzeczywistej wielkości – okno gry jest ok 2 razy większe) ale jakoś można to przeboleć bo to w końcu „desktop adventures” 🙂 Ogólne wrażenia pozytywne a polecam tą grę głównie fanom Indiego, którzy pracują w biurach przy komputerze a Deluxe Ski Jump im się już znudził 🙂

Plusy

  • zabijacz czasu za każdym razem nowy świat

Minusy

  • muzyka
  • przemieszczanie się postaci

Ocena

5

Autor: Redakcja